|
Rankiem zajeżdżamy na parking, gdzie zaczyna się nasz szlak. B już czeka.
Bez zbędnych ceregieli przebieramy się i w drogę -zielonym pod górkę. Pogoda nijaka, ani zimno ani ciepło. Nie ma słońca i nie ma też,
co gorsza śniegu, jeśli nie liczyć rozsianych tu i ówdzie plam białobrązowej brei. Mimo monotonnego podejścia
(jakoś nigdy nie przepadałem za tym szlakiem) humory dopisują - wiadomo jak to jest z nadzieją... W rejonie barierek z radością odnotowujemy
wreszcie przewagę koloru białego. Niestety wkrótce i my zostaniemy odnotowani... Nasze ślamazarne tempo zaowocowało spotkaniem z
parą poważnych panów x xxxxxxxx xxxxxx xxxxx , x xxxxxxxxxxx xxx. xxxx, xx xxxx xxxxx xxxxxxxxx xxxxx xxxxxxxxxxxxxx xx
xxxxxxxx xxxx xx xxx xxxxxxx xxxxx x xxxxxxxxxxx xxxxx xxxxxxx, xxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxx x xxxxxxxx xxxxxxxxxx.
xxxx xxx xx xxxx xxx xxxxxx xxx xxxxxxx xxxx xxxxxxxxx x xxxxxxx xxxxxx xxxxxxx xxx x, xxxxxxxxx xx xxxx xx. xx xxxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxx
xxxxxxxxx xxxxx xxx xxxxxxxxxx. xxxxxxx xxxxx xxxx xxxxx xx xxxxxx xxx xxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxx, xx x xxxxxx xxxxxx xxxxx
xxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxx xxxx xx xx xxxxxxxx xx xxxxx xxxxxxx xxxxxx xxxxxxxxx. Cóż...dura lex sed lex.
Po dokonaniu wszystkich tych
formalności chwilę postaliśmy by na gorąco omówić palące
kwestie logistyczno – taktyczne :) Po kwadransie, przy schronisku znów spotkaliśmy naszych znajomych.
Zostaliśmy zaproszeni do ławki, przez chwilę posiedzieliśmy, zjedliśmy co tam każdy przydźwigał, dowiedzieliśmy się o paru ciekawych
sprawach i nawet zakończyło się to spotkanie wspólną sesją zdjęciową :)
Pół godziny później. Przełęcz Brona. Niskie chmury, które ograniczały widoczność do kilkudziesięciu metrów, uniemożliwiły nam widok
oraz ocenę sytuacji na interesujących nas najbardziej, północnych stokach. Zakładaliśmy -słusznie, jak się później okazało,
że może tam występować spory, hmm... deficyt śniegu. W takiej sytuacji nastąpiła zmiana planu; z przełęczy odbiliśmy w prawo,
ruszając w kierunku Cyla. Śnieg na szlaku dość zmrożony, widoczność jak już pisałem kiepska, czasem jedynie otwierało się okno i
mogliśmy podziwiać połać lasu pokrytego szadzią lub nawet rozległą panoramę Zawoi, z górującą nad nią Policą.
W ciągu tej wędrówki, często i z rosnącym zainteresowaniem przyglądaliśmy się północnemu zboczu, na którym mimo słabej zimy i
ogólnie trudnych warunków pogodowych utworzyły się bardzo interesujące nawisy...
Po ok. 30 min zatrzymaliśmy się pod szczytem. Przed nami rozległe zbocze. Stromo jak cholera.
Dość pusto, tylko gdzieniegdzie wystające spod śniegu kępy kosówki. Dopiero w dole, kilkaset metrów dalej przebijająca zza mgły,
ciemna ściana drzew oznaczająca górną granicę lasu. Z jednej strony kusząca perspektywa pierwszego w moim życiu tak ostrego zjazdu,
z drugiej no wlasnie...ocena swoich umiejętności ehh...
Szczerze mówiąc gdyby nie siedzące obok i zapinające deski towarzystwo, najpewniej, jak zwykle zjechałbym łagodnymi, południowymi stokami, trawersując w kierunku nartostrady i później w stronę parkingu.
Nie czas jednak na rozważania. Zakładamy sprzęt, nikomu nawet nie chce się robić fotek... Jedynie B ma prawo domyślać się
co nas tu czeka. Jak przystało na gospodarza rusza pierwszy, potem chyba M, ja i A. Pierwsze metry... spokojnie, trzeba wybadać jak też
na takiej stromiźnie zachowuje się deska... Nie jest najgorzej, ślizgi jakoś wychodzą,
gorzej będzie jednak z przechodzeniem z krawędzi na krawędź... Na początek ostrożny łuk, w zasadzie trawers na frontside w poprzek zbocza,
tak by nie nabrać za dużej prędkości. No ale za daleko nie można, zaczynają się jakieś chwasty... z dużym trudem przeskakuję więc na
backside i wracam w kierunku miejsca gdzie po B i P już pewnie tylko ślady zostały. Na backside'owej stronie, plecami do zbocza
(heh, dlaczego mam wrażenie że mój plecak ociera się o stok??) jakoś trochę pewniej się czuję więc pozwalam desce nabrać
prędkości - zaczyna się jazda!!!. Śnieg dość twardy jednak na powierzchni została kilkunastocentymetrowa warstwa puchu –
jest naparawdę zajebiście! Widzę już ślady przejazdu moich poprzedników - raz kozie death - myślę - i tak, na sporej już prędkości robię
delikatny łuczek w lewo i zaraz zaczynam gnać na krechę w dół. Przyspieszenie jest niesamowite (nachylenie tutaj to ok.
60%). Trzeba trochę zwolnić bo widzę,
że zaczynam doganiać poprzedników. Delikatne uślizgi niewiele pomagają, a i tak przy każdej próbie mam
wrażenie, że zaraz zakrawędziuję. Szybkość jest poprostu kapitalna ale zaczynam się trochę niepokoić widząc rosnące w oczach sylwetki
M i B. Zbliżam się do nich jeszcze bardziej, rozpaczliwie próbując zwolnić i widzę, że chłopaki dają czadu... suną na plecach dociskając krawędzią do stoku i wzbijając w ten sposób wielkie pióropusze śniegu... Nieustannie zbliża się do nas górna granica lasu, widać już pojedyncze drzewa -
kurwa, ja naprawdę muszę zwolnić!!! - i decyduję się wreszcie na energiczne przejście na backside. To był moment.
Zazgrzytało tylko pod deską i zaraz poczułem pod sobą twardy dotyk lodu. Różne myśli przemykają gdy człowiek leci na ścianę lasu, a wszelkie próby wstania czy choćby zmniejszenia prędkości nie przynoszą większych rezultatów. W tym czasie B i M jakoś udało się przyhamować, a nawet stanęli wreszcie na deskach, i jak się
potem dowiedziałem ze sporymi obawami obserwowali trajektorię mojego suwu i zastanawiali się, w którego z nich przywalę. Na szczęście przemknąłem pomiędzy
(i chociaż starałem się kierować to więcej w tym było szczęścia). Dopiero ładnych kilkadziesiąt metrów niżej, trochę cięższy śnieg pozwolił mi na znaczne wytracenie prędkości. Wyhamowanie zaś całkowite odbyło się z użyciem pnia drzewka, w które z premedytacją przywaliłem ślizgiem (na szczeście to było kontrolowane
– celowałem tak aby ślizg dotknął pnia w miejscu nad butem – co w moich gorączkowych kalkulacjach powinno zminimalizować ryzyko złamania dechy).
Chłopaki razem z A, którego dopiero teraz zobaczyłem, zatrzymali się w pobliżu. Po błyskawicznej wymianie uwag, wszyscy kompletnie biali od śniegu ale z wielkimi bananami na twarzach
pomknęliśmy w dół. Zaraz zaczynał się las, tam śnieg był mokry i ciężki. W normalnych warunkach trudno by się
jechało ale przy tak dużym nachyleniu zbocza z zasuwaniem nie bylo większych problemów. Jednak w końcu śniegu zabrakło,
wystawało coraz więcej kamieni, pni i przewalonych konarów - wiadomo: wszystko co dobre szybko się kończy.
Dotarliśmy szybko do czerwonego szlaku. I tam, jak wypowiadał się nieraz B popełniliśmy największy w naszym życiu błąd ;)
Tak po prawdzie, to wszyscy byli zadowoleni z wyboru,a to podejście zapamiętamy na równi z poprzedzającym je zjazdem, aha...
w przyszłości liczę na więcej (wiem, wiem jestem pooojebany :)) Mogliśmy, mianowicie iść grzecznie w kierunku schroniska i powtórzyć wejście szlakiem
na przełęcz. Jednak nam zachciało się wejścia prosto pod górę, lasem - w sumie wzdłuż lini zjazdu, który odbyliśmy przed chwilą, tylko
trochę bardziej na zachód. Zaczęło się od przemarszu korytem zasypanego potoku. Co chwila czyjaś noga utykała po pas w
dziurze, z której wydobywał się plusk przepływającej pod nami wody. Kiedy w końcu stało się to zbyt uciążliwe, skierowaliśmy się
ku górze. By wyjśc jednak z tego jaru trzeba było pokonać kilkumetrową, niemalże pionową ściankę (to była okolica, w której
na następnej wyprawie podczas przeskakiwania podobnego "rowu" prawie dokonałem dekapitacji na naszym przewodniku - B). Cały czas ostro pod górę... dookoła fenomenalne widoki – imponujące, strome stoki porośnięte potężnymi drzewami.
Szliśmy prosto, bez żadnych trawersów, a śnieg z każdym metrem nabieranej wysokości znów robił się coraz bardziej oblodzony.
Jedyna metoda, która pozwalała nam w tych warunkach na podchodzenie bez raków polegała na wbijaniu do śniegu krawędzi deski przed sobą.
Otrzymując w ten sposób prowizoryczny i jak się często okazywało bardzo niepewny punkt podparcia, można się było odrobinę podciągnąć i
zrobić krok lub dwa starając się oczywiście wbić czubek buta snowboardowego w oblodzone zbocze. Uprzedzając fakty, sposób ten doprowadził nas
wszystkich szczęśliwie na samą górę – był więc skuteczny, jednakże często zdarzało się tak, że stawiając jeden krok, traciło się
przyczepność i zsuwało kilka bądź kilkanascie metrów w dół.
Trud tej wędrówki, która przy długości ok.1 km trwała ok 1 godz. miał
zostać wynagrodzony kolejnym, szalonym zjazdem. Tym razem wiedzieliśmy już dużo więcej o tym co nas czeka, a dodatkowym atutem była
niezła orientacja w terenie – w końcu wchodząc mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by rozejrzeć się po okolicy i zaplanować sobie -każdy optymalną dla siebie - trasę zjazdu.
Powoli zapadał zmierzch. Pod koniec dnia, jak to często w górach obserwuję, pogoda poprawiła się. Na zachodzie niebo przybrało pomarańczowo-fioletowy odcień.
Z pewnością ładnie musiała być teraz oświetlona Babia Góra, jednak nie widzieliśmy tego – zdecydowaliśmy startować prosto z buli na
zboczu, woleliśmy nie podchodzić do samego szlaku, gdzie mogliśmy się stać łatwym kąskiem dla ...parkowych Nazguli.
Tym razem zacząłem śmielej; kilka pozytywnie zakończonych skrętów i w końcu rewelacja tej wyprawy - ostre dohamowanie przed drzewkami
i pierwszy w moim życiu frontflip! Chyba nawet podwójny! Po zakończeniu tej nieplanowanej ewolucji musiałem odpiąć dechę i szukać porozrzucanych gogli, czapki, które zostały dużo wyżej. Wciąż oszołomiony tym niekwestionowanym, freestylowym sukcesem kontynuowałem zjazd w lasku, starając się
zachować większą kontrolę nad deską. Na dole, gdzie płynący stromym jarem potok przecina ścieżkę szlaku czerwonego, czekała już
reszta bandy. Ze zdziwieniem zauważyłem, że nie byłem ostatni – zaraz po mnie zjechał A , który chyba także odnotowal tego dnia
jakiś prywatny, freestylowy rekord. Oczywiście chwila na złapanie oddechu i podzielenie się emocjami.
Banany na czerwonych od mrozu gębach
najlepiej świadczyły o tym, że jednak gdzieś tam głęboko, na samym dnie można dopatrzyć się w tym co tutaj robimy odrobiny sensu ;)
Pewnie dla jednych sensem takim jest możliwość sprawdzenia siebie, swoich umiejętności technicznych, próba określenia granicy
swojej wytrzymałości, dla drugich poprostu sama przyjemność obcowania z przyrodą – czy to sam na sam, czy też w towarzystwie ludzi,
którzy choć dopiero co poznani, okazują się pierwszorzędnymi kumplami. Chętnie pośmigalibyśmy dalej w dół, w kierunku Dolnego Płaju,
wzdłuż strumyka, jednak mała ilość śniegu spowodowała, że musieliśmy ruszyć z buta szlakiem w kierunku nartostrady.
Gdy doszliśmy do rozwidlenia, w lesie panował już mrok. Ktoś miał czołówkę i w jej bladym świetle,w skupieniu poszusowaliśmy
krętą nitką nartostrady. Otaczała nas cisza babiogórskiego lasu, pogrążającego się powoli we śnie... choć jeszcze tego nie
mogliśmy wiedzieć zaczynało właśnie kiełkować coś, co wkrótce jednemu z nas udało się określić mianem SSS.
by Arkez
|