facebóg twitter vimeo youtube


Historia Teufelspitze jest baaardzo baaardzo długa, ponieważ sięga aż okresu trzeciorzędu, wtedy właśnie powstała nasza wspaniała góra, więc miliony lat wstecz… Widziała ona naprawdę dużo… zloty i harce panujących na niej czarownic i diabłów na czele ze słynnym Wawro, niezidentyfikowane istoty zielone drążące pod jej zboczami „szkliste tunele UFO” które można zwiedzać po dziś dzień. Widziała jej pierwszych zdobywców, którymi byli ukrywający się zbójnicy z zamierzchłych czasów, w końcu pierwszych freeriderów którzy na drewnianych nartach ogarniali jej zbocza. Ale do cholery jasnej czegoś takiego jak KOTT to ona na pewno nie widziała :D! KOTT? Wtf KOTT? W założeniach, w teorii i w wielkim skrócie bardzo chilloutowy, freerideowo-freestylowo weekendowy wypadzik na jakże kultową górke :P. Celem wypadu jest: integracja snowboarderów, zjedzenie jelenia, poprawianie nastrojów, promowanie aktywnego spędzania wolnego czasu w górach, pełen chillout, zabawa freestylowa w klimacie backcountry i true pro freeride. W praniu KOTT 2011 wyszedł następująco:

SOBOTA 19.02.2011
Wypad prawdopodobnie zaczął się regulaminowo (jeżeli ktokolwiek go czytał :P), więc o 6:00 zbiórka na parkingu. Dla pewnej niewielkiej grupki KOTT trwał już od piątkowego wieczoru, gdzie ponoć intensywnie była trenowana kondycja fizyczna, ale whatever :P. Stawiło się 27 ochotników z blatami na plecach. Po całym organizacyjnym szale na parkingu ok. 6:40 snowboardowa wycieczka kolonijna ruszyła czerwonym szlakiem na podbój diabelskiej góry! Pogoda jak zwykle dopisała kiedy dzieje się coś ciekawego… no tak tak, mgła i wiatr. Oczywiście musiało się spier… akurat na weekend :). Morale grupy jednak nie spadły wielce z tego powodu, można by nawet powiedzieć że wszyscy byli pozytywnie naładowani i podekscytowani weekendową przygodą która nas czekała, więc maszerowaliśmy bardzo sprawnie.

Po ok. godzinnym marszu zdobywamy Sokolice (1367 m n.p.m.), gdzie robimy pierwszy dłuższy odpoczynek. Widoki zapierały dech w piersiach, widoczność tego dnia była tak znakomita że niektórzy potrafili nawet dostrzec ludzi zjeżdżających ze Skrzycznego! Rozdane zostały tutaj też specjalne kamienie mocy dla każdego uczestnika KOTT zwane potocznie „cukierkami”, po aktywacji kamieni można było poczuć niesamowity przypływ energii. Dlatego też bez zbędnych ceregieli ruszamy w dalszą wędrówkę. Przed nami odcinek specjalny Sokolica-Zimny Stawek który nie powinien trwać dłużej niż 40min. Na tym odcinku peleton zrobił ucieczkę małej grupce ciągnącej się z tyłu, z relacji piechurów wynikało, że peleton na zakrętach osiągał prędkość nawet 5km/h! Po ukończeniu odcinka specjalnego i zameldowaniu się wszystkich w checkpoincie, nieopodal Zimnego Stawku założyliśmy małe obozowisko. Tutaj zrobiliśmy wstępne przegrupowanie na tych co wolą puch i na tych co wolą hopki :P, ustaliliśmy plan działania i mogliśmy ruszać w kierunku żlebów. Po kilkunastominutowym dreptaniu dotarliśmy do charakterystycznego miejsca które jest swoistym drogowskazem do żlebów. U wlotu do lodowych żlebów wycieczka podzieliła się na dwie grupy, freeriderów kamikadze i freestylowców. Freestylerzy powędrowali na swoją tajną miejscówke Big Air, a grupa Kamikadze ustawiała się w bramkach startowych i atakowała żlebiory! Ale to było dobreee! KOTT’owska kadra skoczków po szybkim zameldowaniu się na szczycie i sprawnym dotarciu na TopSecret FS miejscówe od ok. 11 zaczęła swój Big Air Jamik. Jam jak to jam :D! Zimne piwko, słoneczko we mgle, puchoool, BananKicker, chill, mnóstwo śmiechu, objechanych pro tricków i lajt na maksa. No po prostu żyć nie umierać. I tak aż do popołudniowej pory kiedy słoneczko przestawało już tak grzać :D.

Grupa freeridowa w lodowych żlebach też nie miała mniej zabawy. Nieoczekiwanie w połowie żlebu podzieliła się na kolejne dwie grupy. Pierwsza to trzech lodowych muszkieterów znanych pod pseudonimami Vasyl (3MP), Arquez (SSS) oraz Monsfo(SSS) którzy opanowali technikę lodowych zjazdów i pokonali ten żleb. Ich misją później było dojście okrężną drogą na szczyt, zbadanie warunków w rejonie Perci Akademików i dotarcie do kadry skoczków. Druga (pod)grupa w połowie żlebu stwierdziła że większy fun byłby na łyżwach, ale że Pan organizator nic o tym nie wspomniał to nikt nie spakował :P. W zaistniałej sytuacji owa (pod)grupa nie mogła kontynuować misji razem z trzema muszkieterami. Dlatego też ich plany zmieniły się o 180 stopni, również oni sami odwracając się na pięcie o całe 180 stopni w żlebie za pomocą podłużnych dziwnie wyglądających czekanów ruszyli ku górze, i dalej by zaliczyć tego dnia trzy razy szczyt! I zrobili to! Po wielu perypetiach, konsultacjach telefonicznych, wskazówkach itd. Three times peak one day! 3x Diablak! Takich rzeczy nie mają nawet w erze :D

Godziny późno popołudniowe zmuszały wszystkich powoli do decyzji o zjeździe do schroniska. Najwcześniej ruszyła (pod)grupa freeriderów spod szczytu. Zjeżdżali oni tego dnia ścieżkami faceta z psem. Przewodnik okazał się tak miły że zostawił im nawet termos z żurkiem na szlaku „ale tak tylko kapeczkę na dnie” :P. Zjazd oczywiście w terenie dla nikogo nieznanym więc fun podwójny. Jako jedyni dojechali prawie pod same drzwi schroniska, ale to nie było fair ponieważ ich dechy były posmarowane smarem na powierzchnie żwirowe nie na śnieg. W tym samym czasie trwała ewakuacja freestylerów z miejscówki FS na szczyt. Po drodze dołączyła do nas grupa trzech lodowych wymiataczy. Po naradzie babiogórskich lokalesów i obraniu trasy główna grupa zjazdowa ruszyła za zapachem pieczonego jelenia. Plan prosty: dotrzeć na odjechane polanki pełne puchola schodzące z wierzchołka Jedla. Zatem ruszyliśmy! Jak to na prawdziwy powder przystało pierwsze kilkaset metrów schodzimy z buta po lodowej skorupie. Następne kilkaset metrów zjeżdżamy po lodowej skorupie mijając choinki i uważając na siebie bo tłumy jak w Białce Tatrzańskiej na sylwestra :P. Po przejechaniu tych kilkuset metrów po lodowych pustkowiach BG na puch mógł już liczyć każdy, było go prawie pod dostatkiem i prawie do samego dołu :P. Dojazdówke do Jedli na nasze upragnione polanki mieliśmy po płaskim z kilkoma przepinkami w średnim pucholu ale i tak było miło. Niestety nie trafiliśmy dokładnie na te polanki które chcieliśmy, plany pokrzyżowała nam trudna orientacja w tej przeklętej mgle. Ale mały powderek był! Bez dziwnych spotkań też się nie obyło podczas zjazdu, w środku lasu… ze środka lasu wyjechał dziwnie wyglądający prawdopodobnie słowacki snowboarder! I miał psa! Spotkanie obyło się bez słowa ale to chyba dlatego że każdy był w szoku. My zobaczyliśmy snowboardera z psem w środku dziczy, a on zobaczył dwudziestu snowboarderów w środku lasu :D. Nawet pies się zestresował i zostawił na śniegu kostkę smaru na gorąco do smarowania :D. Po zjechaniu co było do zjechania resztę drogi do naszej chaty musieliśmy z buta pokonać. Do chaty doczołgaliśmy się przed zmrokiem (tego dnia niestety nie użyliśmy latarek), nie ukrywam że udało nam się to tylko dlatego że każdy czuł smak piwa i zapach smażonego jelenia. Naszym przewodnikiem podczas zjazdu tego dnia był słynny lokales Vasyl :).

SLANA VODA AFTER WYRYPA

Noo! W końcu nasza chata, piwo, potrawka z jelenia, sauna, łóżko, prysznic. Po takiej wyrypie jaką każdy tego dnia przeżył wartość wymienionych przeze mnie słów wzrosła stukrotnie! Wieczór minął bardzo miło, jeleń smakował, piwo jeszcze bardziej, a poza tym było dużo śmiechu, dzielenia się wspólnie wrażeniami z dnia, skosztowaniu przez niektórych pysznego „desyra”, oraz poznaniu kolegów skiturowców ze Słowacji którzy tego weekendu mieli swój zlot, który organizują co roku już od 10 lat zawsze w Slanej Vodzie :)! Po spokojnej bardzo bibie wszyscy grzecznie zasnęli ze zmęczenia :P.

NIEDZIELA 20.02.2011

Niedzielny poranek był dla wielu bardzo ciężkim porankiem pod wieloma względami, kondycyjnymi i psychicznymi, morale wycieczkowiczów spadły do minimum. Tylko połowa uczestników zdecydowała się na ponowne zmierzenie się ze złowieszczymi warunkami diabelskiej góry tego dnia. Zostało nas tylko piętnastu, reszta grupy zrezygnowała. Niech żałują po stokroć! Dwóch SSSmanów już o świcie ruszyło przetrzeć szlaki dla ekipy „trzynastu”. Po pożegnaniu się z resztą, szybkim ogarnięciu, dokładnie o 10:40 trzynastka ruszyła do ataku. Po drodze odczytujemy znaki pozostawione przez naszych dwóch towarzyszy które brzmiały następująco: „Siejemy Straszliwe Spustoszenie”, „na szczycie lampa!”. Pełni entuzjazmu po tych informacjach napieramy mocno w górę. Szturm przebiegał dość sprawnie mając na uwadze zmęczenie po sobotniej wyrypie. Pierwszą bazę założyliśmy na Huściańskiej Polanie gdzie stał nasz zepsuty transporter. Niestety zabrakło mechanika w ekipie żeby naprawić, odpalić i wjechać na szczyt :P. Na miejscu freestylowa część ekipy w ciągu sekundy dostrzegła że ułożenie chatki względem spadu stoku, kąt nachylenia dachu, i najazd są idealne by mieć niezłą zabawę przez długi czas! Tak też się stało. Ujeżdżaliśmy domkowego - walla i zrobiliśmy krótką foto sesje w bazie numer jeden. Morale grupy po zabawie przy wallu wzrosły ponad normę, baterie podładowane i humor uzupełniony! Można było zatem dalej napierać w górę, do lodowej bazy numer dwa. W miarę wysokości śniegu przybywało, sił już niestety nie, ale ekipa się nie poddawała i dzielnie przeprowadzaliśmy szturm. Po osiągnięciu pułapu 1600m. n.p.m. docieramy a raczej dogramolamy się do lodowej bazy. Szybki wpis do rejestru zdobywców, krótki odpoczynek, jakaś szama, zwiedzanie lodowych lochów iglo i ruszamy do ostatniej bazy położonej tuż pod szczytem. Do ostatniej bazy docieramy po ok 40 minutach marszu. Jest po 14 więc czasu mamy dużo a jednocześnie mało. Dlatego przerwa zbyt długo nie trwała i ruszyliśmy w kierunku skutej lodem przełęczy skąd mieliśmy zjechać. Klimatu przejścia po słowackich pod szczytowych połoninach we mgle rozproszonej grupy snowboarderów nie da się opisać, wszystko wtedy było takie idealne, niesamowite i nie do powtórzenia! Zjazd z lodowej przełęczy po obczajeniu warunków śniegowych zapowiadał się bardzo extreme. 10cm świeżego, 3cm skorupa lodu, a pod nią ok. 50cm i więcej puchola! Nawet najostrzejsze krawędzie nie pomagały, jedyna słuszna technika zjazdu to na krawędzi frontside i ześlizgiem między drzewkami, kamieniami i innymi obiektami stałymi wystającymi ponad pokrywę śnieżną :P. Nachylenie czarnej trasy nie ułatwiało sprawy. Po ogarnięciu pierwszej ścianki wszyscy pełni entuzjazmu że koniec walki o życie i zjazd w głębokim puchu! Po przejechaniu około 10m w puchu przed nami kolejna oblodzona ściana. Łatwo nie było ale nasza ekipa dała rade i pokonaliśmy także ją. Ogarnęliśmy te dwie extreme ściany skute babiogórskim lodem! A później to był już tylko powder między ośnieżonymi krzaczorami i drzewami! Aż do samego płaju w pół metrowym pucholu! Po zjeździe na twarzy każdego można było dostrzec zadowolenie i wielkiego banana. Nikt wtedy nie żałował że zdecydował się iść tego dnia choć w pewnych momentach było naprawdę niebezpiecznie. Wrażeń jak i nowych doświadczeń po zjeździe mieliśmy cały koszyk. Po ochłonięciu ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę parkingu. Po ok. półtora godzinnym marszu dotarliśmy do parkingu. I tak wypad zakończył się ok. 17:40. Na koniec chciałem serdecznie wszystkim uczestnikom podziękować! To dzięki Wam było tak zajebiście! Każdy się do tego przyczynił:). Oby za rok wypad nie był gorszy i oczywiście już teraz zapraszam na edycje 2012!

Story by Bloodwyn, photos by Aro,Kuba,Mike,Arquez


Uprawianie sportów ekstremalnych bez odpowiedniego przygotowania, przeszkolenia i sprzętu wiąże się z wysokim ryzykiem utraty zdrowia lub życia. Summit Snowboard Squad i jego poszczególni członkowie nie ponoszą odpowiedzialności za wypadki zaistniałe w ramach uprawiania w/w sportów.   Oficial Site of Summit Snowboard Squad by Arquez (C)